Klub Integracji Europejskiej :: KIE
czwartek, 09 września 2010r.   EUR:3,9494  USD:3,1170  GBP:4,8078  CHF:3,0839
EuroPióra
Program Rabatowy KIE
 
w środę 23 września konferencja poświęcona wspólnej europejskiej walucie w obliczu globalizacji i kryzysu ekonomicznego    *    przypominamy klubowiczom, że ćwiczenia gimnastyczne odbywają się w każdą środę o 20.00 (po gimnastyce można skorzystać z łaźni, sauny i jacuzzi)     *     strona w przebudowie, przepraszamy za mogące pojawić się usterki
 
menu


aktualności

euronews

piszemy...

w pigułce: co, gdzie, kiedy?

zapraszają nas


klub smakoszy wina

klub podróżnika

klubowicze

u członków klubu

ogłoszenia

eurolinki

archiwum

EFP
administrator klubu

kontakt








































































Antyutopia: co by było, gdyby…
Ogarnęla mnie szczera trwoga, czy aby nie żyjemy ponad stan. Obawa nie mająca nic wspólnego ze względami moralnymi. Jeśli idzie o mnie, to może tak pozostać. Obawa dotyczy tego, że ktoś się może w tym połapać i zrobić z tym porządek.

Tak oczywiście być nie musi. Najlepiej żeby nie było, najlepiej, by była to bujda na resorach…

 

No ale co by było gdyby…

 

To, że kraje rozwinięte więcej importują niż eksportują uważamy za stan zupełnie normalny i chyba w  żadnym scenariuszu nie zakładamy, by coś tu miało się zmienić. Ta nierównowaga handlowa jest jakby czymś naturalnym. Elementem porządku świata. Nawet znaleziono na to nazwę: żyjemy w świecie postindustrialnym. Nasze fabryki przenosimy do Chin, Indii czy Brazylii… Do krajów, które nazywamy rozwijającymi się. My jesteśmy już dość rozwinięci, by nie chcieć ich mieć już u siebie. Bo trują wodę, powietrze i szpecą krajobraz. Zresztą nie mamy już ochoty w nich pracować. Z czasem i oni dojdą do tego poziomu zamożności – i będą mogli zrobić to samo.

 

Czy jest sens przejmować się tą nierównowagą? W końcu i my, i oni na tym korzystamy. Gdyby nam nie sprzedali, to komu? Nie płacimy im? Przecież za nasze euro czy dolary mogą kupić sobie co chcą. U nas raczej nie, bo u nas za drogo. Właśnie dlatego kupujemy od nich, to się nazywa ponoć światowym podziałem pracy. U nich produkcja jest tańsza, bo mają tańszą siłę roboczą, nie mają wysokich kosztów tzw. pozapłacowych (w ogóle nie mają na przykład systemu emerytalnego) i mniej się muszą liczyć z wymaganiami ochrony środowiska. A jeśli idzie o wydobycie surowców, to tu już sama natura zadecydowała. Kupować bardziej im się opłaca od siebie nawzajem ale jak przyjadą do nas i będą chcieli coś kupić, to oczywiście mogą. Żadnych przeszkód, byleby dobrze zapłacili. Mogą lokować swoje pieniądze w akcjach naszych firm czy obligacjach. Możemy im sprzedać nasze huty, porty, czy co tam tylko chcą kupić.

 

Czy ta nierównowaga czymś w ogóle grozi? Co najwyżej (jeśli zechce) chiński, hinduski bądź saudyjski kapitał wykupi nasze huty, porty, sieci handlowe i to co nazywamy nieruchomościami. Tak bardzo nas to nie przeraża. Ostatecznie żyjemy w czasach wolnego handlu i w ogóle globalizacji. Kapitał od dawna jest ponadnarodowy. Więc jeśli przeraża to tylko troszeczkę. Bo co niby miało się stać? Tak samo będziemy chodzić do pracy lub pobierać zasiłek dla bezrobotnych. Albo emeryturę. Co niby miałoby się zmienić?

 

A co byłoby, gdy oni wcale nie połakomili się na nasze huty, porty, sieci handlowe czy nieruchomości? Gdyby po prostu uznali, że dolar i euro wcale nie są tyle warte, ile dotąd uważaliśmy? I zażądali więcej za podkoszulki. Młotki. I komputery. Więcej w euro, więcej w dolarach czy frankach szwajcarskich? Lub w ogóle oświadczyli, że oni nie chcą zapłaty w euro czy dolarach (nie mówiąc już o frankach szwajcarskich, bo trudno tą Szwajcarię odnaleźć na mapie). Bo jeśli tak, to oni wolą to sprzedać u siebie. Że chcą zapłaty w ichniejszych, jak one się tam zwą, juanach czy rupiach. I co wtedy?

 

To oczywiście szansa dla naszego przemysłu, przemysłu w ogóle krajów rozwiniętych. Słaby pieniądz to przecież eksportowa premia. Niech się więc udławią swoim silnym juanem czy rupią. Sami wiemy, jak to może zaszkodzić gospodarce. Tylko, że to nie takie proste. Słaby pieniądz to drogi import. A bez importu tak całkiem się nie obejdzie. Energia też kosztuje, nie tyle co ich. Bo my dbamy o środowisko, oni nie. No i tak, czy tak, będzie wzrost cen. U nas. Tych liczonych w euro, dolarach czy nawet frankach szwajcarskich. I ludzie zaczną narzekać, że realnie to zarabiają coraz mniej. Albo, że ich emerytury topnieją w oczach. Zaczną domagać się podwyżek…

 

Oczywiście wszystko z czasem się ułoży. Po prostu nie będziemy mogli kupić tyle co kiedyś chińskich podkoszulków (zresztą po co nam tyle?), dłużej trzeba będzie odkładać na mieszkanie czy samochód. W sumie jakoś to będzie. Taki na przykład Bałtyk ma naprawdę piękne plaże i wypada to docenić…

 

Europę, która złapie drugi oddech będzie odwiedzać coraz więcej turystów z Chin i Indii. I nie tylko stamtąd. Powstanie dzięki temu wiele nowych miejsc pracy. Tylko turyści coraz częściej będą narzekać na szpecące krajobraz wiatraki. I nalegać na ich usunięcie…

 

Co do Stanów, to może być gorzej ale nie możemy się w końcu za wszystkich martwić…

 

A efekt cieplarniany jako prawdziwy alterglobalista (któremu wszystko jedno, czy dwutlenek węgla jest chiński, hinduski czy europejski) otuli na koniec ziemię ciepłą kołderką znacząco przyczyniając się do ograniczenia problemów energetycznych naszej planety.

 

Bo w końcu dlaczego Chińczycy mają nam szyć te podkoszulki za frajer, skoro nie mamy czym za nie zapłacić? Ortodoksyjni muzułmanie na przykład są znacznie lepszymi klientami (o ile mają ropę).

 

Rafał Korzeniewski


24 listopada